Dokładnie rok temu powstała relacja z pierwszych dwóch tygodni współpracy projektowej (Historia jednego projektu), która miała mieć swój ciąg dalszy zaraz po moim urlopie. Otóż miała, ale przebieg znacznie odbiegał od naszych założeń.
Historia jednego projektu – część 2
Dopiero niedawno byłam z wizytą towarzyską u Pani Magdy i nareszcie zrobiłam zdjęcia wykończonego mieszkania. Właścicielka wraz z synami cieszy się nim od wielu miesięcy, ale etap remontu nie poszedł tak gładko, jak byśmy sobie tego życzyły.
Dlaczego nie opisywałam tego na bieżąco? Ponieważ wszystkie siły, czas i energia po powrocie z mojego urlopu zostały zaangażowane w realizację tego projektu. O ile faza projektowa poszła szybko i efektywnie w ciągu zaledwie dwóch tygodni, o tyle „schody” zaczęły się na etapie wykonawczym.
Tydzień trzeci
Pierwszym progiem do pokonania okazał się sam deweloper, który opóźnił oddanie kluczy w ręce właścicielki o cały miesiąc (!) z powodu… przedłużanego na bieżąco urlopu pana prezesa. To był kluczowy zwrot akcji, bo w dniu, kiedy zakładałyśmy przeprowadzkę „na gotowe”, pani Madzia stała się dopiero pełnoprawnym właścicielem mieszkania i mogłyśmy zacząć etap wykończeniowy. Na szczęście pani Magdzie udało się przedłużyć wynajem dotychczasowego mieszkania, więc miała z dziećmi nadal dach nad głową.
Tydzień czwarty
Drugim, równie szargającym nerwy elementem układanki okazał się wykonawca remontu, który nie poradził sobie z logistyką prac. A dokładnie z zasobem ludzkim, angażując do prac budowlanych fachowców spod ciemnej gwiazdy. Wcześniejsza dobra renoma na którą właściciel firmy pracował latami, została zniweczona przez przypadkowo dobranych podwykonawców. Efekt – mnóstwo wpadek, błędów i niedociągnięć, a co za tym idzie nerwów, kłótni i złych emocji. Jednak twardo negocjowałam poprawki, mimo bezpowrotnie uciekającego czasu. Opłaciło się o tyle, że wyszło zgodnie z zamysłem projektowym, choć ze sporym już opóźnieniem i jednak pewnym uszczerbkiem na jakości (widocznym na szczęście jedynie wprawnym okiem, no i wyczulonym okiem właścicielki).

Tydzień szósty
W międzyczasie, by odetchnąć od trudów codzienności remontowej dobierałam z panią Magdą piękne lampy, cudny stolik kawowy, a także zamówiłyśmy meble do pokoi chłopców i opracowałyśmy dekoracje naścienne do nich, które wykonał na końcu RobRoyArt.
I tak oto dotrwałyśmy dzielnie do dnia przeprowadzki, gdy w mieszkaniu były wykończone łazienki, parkiety, a ściany miały docelowy kolor. I stolarz zaczął montaż kuchni. Nareszcie miałyśmy odpalać szampana z zaledwie miesięcznym opóźnieniem!

Tydzień ósmy
Tu jednak nastąpił dopiero początek końca, bo pan Łukasz (stolarz z mojego polecenia, sprawdzony i rzetelny) zaczął mieć kłopoty montażowe, technologiczne i inne… Wprawdzie projekt był ambitny, bo meblościanka na wymiar miała chować w sobie zamykane łóżko, ale wybrane elementy konstrukcyjne nie zdały egzaminu. Na dodatek drzwi wewnętrzne zamówione 6 tygodni wcześniej, też miały nieoczekiwane opóźnienie w produkcji. Wtedy już nabrałam realnego podejrzenia, że nad tym projektem czyha jakieś fatum, bo przecież nie zdarza się, żeby na każdym polu szło wszystko pod górę. Stolarz stał się codziennym gościem u Pani Madzi na dłuuugie tygodnie, więc w wolnych chwilach oczekiwania na kolejną wymianę mechanizmu do łóżka (był wymieniany trzykrotnie), wykonał on dodatkowo stół do jadalni, którego nie mogłyśmy znaleźć w idealnych proporcjach i kolorach w ofercie sklepowej.


Happy end
I tak oto „już” w okolicach grudnia, mieszkanie było gotowe. Pani Magda przez niemal 2 miesiące mieszkała na walizkach, cierpliwie znosząc tę wyjątkowo bogatą w niespodziewane zwroty akcji przygodę wykańczania lokalu. Na szczęście efekt końcowy jest zgodny z oczekiwaniami pani domu i spełnia marzenia chłopców. Jest trochę surowo, stalowo, ale też przestronnie i loftowo, co było bazowymi elementami projektu, więc dziś z panią inwestor rozmawiamy o kolejnej inwestycji.


Epilog
Opisuję tę historię w tej chwili uśmiechając się już lekko, ale rok temu do śmiechu mi nie było i to zlecenie, które miało być sztandarowym przykładem, że da się szybko i sprawnie, gdy otaczają mnie sprawdzeni specjaliści i dobre źródła zakupów i miało wypaść niemal jak w programie telewizyjnym, okazało się wyjątkowo najeżone trudnościami, które trudno było przeskoczyć w czasie. Ot, nasza rzeczywistość.
Zatem wpis ten dedykuję ku przestrodze zbyt optymistycznie zakładanym scenariuszom wokół budowania, remontowania i wykańczania mieszkań. Los potrafi mocno przytrzeć nosa, kiedy najmniej na to zasługujemy. Choć obiektywnie oceniając nieco ponad 3 miesiące w realizacji od postawienia pierwszej kreski w projekcie, do zawieszenia ostatniej zasłonki w zamieszkanym wnętrzu, to i tak naprawdę dobry wynik. Wiem, co mówię 🙂
Pierwsza część tej historii:
Historia jednego projektu
Chcesz poznać inną historię? Zajrzyj tutaj:
Tydzień ósmy







Zostaw komentarz